Wakacje w Andorze

Andora – niewielkie księstwo (mniej więcej wielkości Warszawy), położone u stóp Pirenejów, między Hiszpanią a Francją. Często stanowi cel podróży dla amatorów bezcłowych zakupów. W zimie jest mekką dla narciarzy.  Nie są to jednak jedyne zalety tego państwa. Tutaj bowiem jak najbardziej potwierdza się reguła „małe jest piękne”. Andora mnie zachwyciła pięknem górskiego krajobrazu, rześkim powietrzem i sympatycznymi ludźmi.
 
Do odwiedzenia Andory motywowała mnie chęć poznania nowego zakątka Europy, wyrwania się na chwilę z Barcelony, ale także i obecność gór, które  kocham w każdej postaci. Zawsze podróżuję z przyjaciółką, która i tym razem bez wahania dołączyła do mnie. Szczerze mówiąc nie przygotowywałyśmy się jakoś specjalnie do tego wyjazdu. Byłyśmy otwarte i ciekawe tego, co przyniesie los. Zdałyśmy się na spontaniczność. I to nam się opłaciło.

Do Andorry la Velli  (stolicy księstwa) dotarłyśmy w poniedziałkowe, deszczowe popołudnie. Mgła opadała coraz niżej i odbierała możliwość podziwiania widoków. Tuż po wyjściu z autokaru dało się odczuć miły powiew wiatru i górski chłodek.  Wpatrując się w tutejszą architekturę, ruszamy do naszego miejsca zakwaterowania. Następny ranek jest równie chłodny, ale słoneczny, dzień wygląda bardzo obiecująco. W informacji turystycznej dostajemy mapkę kraju oraz dopytujemy o komunikację między poszczególnymi miasteczkami. Wiedząc już, w autobus której linii wsiąść, udajemy się na pobliski przystanek. U kierowcy kupujemy bilety i pokazujemy na mapie, w którym miejscu chcemy wysiąść. W ten sposób docieramy do wylotu doliny Vall d’Incles. Miejsce to polecił nam host, u którego się zatrzymałyśmy (korzystałyśmy tam bowiem z Couchsurfingu). Zapewniał nas o pięknych widokach, mówił, że to doskonałe miejsce na spacer wśród górskiej scenerii. Postanowiłyśmy to sprawdzić. Asfaltową drogą udajemy się zatem w głąb doliny.

Z każdym krokiem odsłaniają się coraz piękniejsze widoki. Sceneria jest tak niezwykła, że próbuję uchwycić chwilę i pstrykam niezliczoną ilość zdjęć. Soczysta zieleń pięknie kontrastuje z błękitem nieba oraz lekko ośnieżonymi szczytami górskimi. Ten malowniczy, prawie że baśniowy krajobraz wygląda jak znakomity pejzaż wybitnego artysty. A pomyśleć tylko, że jest to dzieło naszej Matki Natury… Zapatrzona w jedną z gór (Alt de Juclar), idąc kroczek za kroczkiem delektuję się niebiańskim spokojem i ciszą, przerywaną od czasu do czasu szumem górskiego potoku. Gdzieniegdzie widać zabudowania, w charakterystycznym stylu –  niewielkie, kamienne domki. Na szlaku pustki, spotykamy jedynie kilka osób, tubylców, których witamy radosnym „Hola!”. Ci odwzajemniają pozdrowienie i szczerze się uśmiechają. 

W drodze powrotnej zamiast autobusu wybieramy autostop. Jeden z kierowców pokazuje nam ciekawsze miejsca na trasie – wodospad oraz nowoczesne Sanktuarium Matki Bożej z Meritxell (Santuari de Meritxell) będącej patronką Andory. Można powiedzieć, że to taka andorska Jasna Góra, miejsce niezwykle ważne dla jej mieszkańców. Angielsko-hiszpańsko-migową mieszanką połączoną z chęcią i uśmiechem na twarzy udaje nam się porozumieć i przeprowadzić krótką konwersację z naszym kierowcą i przewodnikiem.  Przy okazji odwiedzamy też inne miasteczko - Encamp. Nie zabawiamy tam jednak zbyt długo, udajemy się tylko na krótki spacer wzdłuż głównej ulicy i wracamy do stolicy. Oczywiście znowu autostopem.

Kolejnego dnia udajemy się do miejscowości Arinsal. Podobnie jak dzień wcześniej autobusem docieramy do centrum i postanawiamy iść wzdłuż ulicy w górę. Dochodzimy do końca, czyli do stacji kolejki krzesełkowej, rozglądamy się po okolicy. Tam zaczyna się Parc Natural Comunal – Valls del Comapedrosa. Próbujemy wypatrzeć najwyższy andorski szczyt - Coma Pedrosa (2946 m n.p.m.). Niestety zbyt mała znajomość pirenejskiej topografii powoduje, że ta próba nam się nie udaje. Schodzimy więc ponownie do centrum. Mijamy zaledwie kilka osób, a i ruch samochodowy jest znikomy. Arnisal to kolejna ostoja ciszy i spokoju. 

W drodze powrotnej postanawiamy ponownie stopować, jednak nie chcemy jechać od razu do stolicy Andory, ale odwiedzić po drodze inne miasteczka. Stosunkowo szybko udaje się złapać stopa do La Massany. W tym miejscu spędzamy już więcej czasu, spacerujemy, zwiedzamy siedemnastowieczny kościółek (Església de Sant Iscle i Santa Victoria). Rozglądamy się po okolicy i z uporem maniaka wchodzimy w wąskie, górzyste uliczki. W końcu przegania nas deszcz, który zmusza do opuszczenia La Massany.

Wieczory, w większości deszczowe i mgliste, spędzamy głównie w pokoju, jednak któregoś dnia postanawiamy wybrać się na ciepłą kolację do jednego z lokalów. Wchodzimy do pobliskiej pizzerii. Zaskakuje nas  bardzo sympatyczna obsługa znająca nawet kilka zwrotów po polsku. Wymieniliśmy przyjazne uśmiechy i z pełnym brzuchem opuściłyśmy restaurację.

Trzeciego dnia pobytu w Andorze chcemy zawitać do Ordino. Wiemy już, skąd łapać stopa, więc po porannych zakupach udajemy się w stronę ulicy prowadzącej do interesującego nas miasteczka. Nowozelandczyk, który nas podwozi, opowiada trochę o sobie, mówi, że pół roku spędza w ojczyźnie, a kolejne pół właśnie w Andorze, bo po prostu pokochał ten kraj. Kierowca udziela nam również wskazówek dotyczących Ordino: co warto zobaczyć i gdzie pójść. Za jego namową zaglądam do bardzo specyficznego Muzeum Miniatur. Pod mikroskopem można tam obejrzeć dzieła Nikolai Siadristyi, na przykład złote piramidy w dziurce od igły. Niesamowita sprawa! Oprócz tego, muzeum gromadzi także matrioszki i różnego rodzaju ikony. 

Następnie udajemy się w stronę „skompresowanego” centrum i podążając wzdłuż wąskiej uliczki Carrer Major odkrywamy najpiękniejszy zakątek Andory. Zakochuję się w Ordino od pierwszego wejrzenia! Łapiąc ciepłe promienie słońca, spędzamy dłuższy czas na ławeczce na małym placyku. Obserwujemy codzienne życie mieszkańców. Nie przeszkadzają nam w tym inni turyści, ponieważ po prostu ich tam nie ma. Pełne pozytywnej energii cieszymy się chwilą i tym niepowtarzalnym klimatem. Postanawiamy jeszcze zaglądnąć do kościoła (Església de Sant Corneli i Sant Cebria d'Ordino) mieszczącego się tuż przy placu. Jego wnętrze, a w szczególności niecodzienny ołtarz pełen figurek i rzeźb (bardzo zresztą podobny do tego w La Massanie) niezmiernie nas fascynuje i zadziwia. Po wizycie w świątyni skręcamy w uliczkę prowadzącą w górę, aby z nieco innej perspektywy móc obejrzeć dolinę.

Niedługo po tym, udajemy się do Llorts. To miejsce również wywiera na mnie duże wrażenie. Jest jeszcze bardziej klimatyczne. Kilkanaście domów, zbudowanych w tym samym kamiennym, surowym stylu, z drewnianymi okiennicami, przyozdobione pelargoniami, XVII-wieczny kościółek (Església de Sant Serni de Llorts) i restauracja, a wszystko na tle zielonych, górskich zboczy. Niesamowity krajobraz, jak z obrazka!

Kolejną miejscowością na naszej trasie jest Arans, a później leżąca nieopodal La Cortinada. Obydwa miasteczka są niewielkie, ale niezwykle urocze. Życie w nich wydaje się beztroskie, a czas jakby się tam zatrzymał. Ludzie jakby za niczym nie gonili, żyli w zgodzie z naturą. Szłam uliczką i tak się rozmarzyłam… Jak pięknie byłoby mieć tam dom i wieść sielskie życie na starsze lata…

Andora tak bardzo nas w sobie rozkochała, że mimo zaplanowanego powrotu do Barcelony i wykupionego tam noclegu postanawiamy zostać w górach dzień dłużej. Jeden dzień – niby tak niewiele, ale dla nas wydaje się być przedłużeniem szczęścia. Andora miała bowiem na nas jakiś kojący wpływ. Smutki uciekły w niepamięć, liczyło się tylko to, co tu i teraz. I to tu i teraz było wspaniałe i piękne. Chciało się krzyczeć „chwilo trwaj!”.
 
Ostatniego dnia postanawiamy jeszcze zwiedzić centrum stolicy. Chodzimy bez mapy dając się zgubić wśród wąskich uliczek biegnących na zmianę, a to w górę, a to w dół. Zagłębiamy się w każdą, która w jakiś sposób nas zaintrygowała. A jest ich nie mało. Wąskie ulice, wysokie kamienice, domy ułożone kaskadowo na górskich zboczach. Architektura, od której ciężko oderwać wzrok. Starówka (Barri Antic), Plaça Rebés, Romański, odnowiony kościółek św. Stefana, tuż za nim, po lewej stronie szeroki taras z niewielkim zapleczem sportowym, mieszczący się na dachu budynku administracyjnego Andory (Edifici administratiu del Govern d'Andorra). Po prawej wąska uliczka,  która doprowadza nas do Casa de la Vall. Ten XVI-wieczny budynek zbudowany z kamienia będący dzisiaj siedzibą rządu i sądownictwa Andory przypomina ówczesną rezydencję. Tuż obok niego wzniesiono siedzibę Rady Generalnej (Consell General d'Andorra) w bardziej nowoczesnym już stylu, jednak doskonale wpasowującym się w otoczenie. Pomiędzy budynkami znajduje się ogromny taras widokowy, z którego rozpościera się panorama na zalesione górskie zbocza wznoszące się naprzeciw nas oraz miejskie ulice i zabudowania w dole. Nieopodal znajduje się mały park, a dalej niewielkie wzgórze, z którego także widać pewien obszar Andory la Velli.
 
Na Plaça de la Rotonda, na którym mieści się informacja turystyczna, od razu rzuca nam się w oczy zegar Dalego wykonany z brązu będący dla mnie namacalnym dowodem na to, że czas w Andorze płynie inaczej. W przylegającej do stolicy miejscowości Escadles czeka natomiast na nas nowoczesne Centrum Termalne Caldea. Oryginalnej bryły budynku nie da się przeoczyć, strzelisty, szklany ostrosłup przyciąga wzrok. Na jedenastym piętrze wieżyczki mieści się panoramiczny bar z widokiem na okolicę. Nie byłam tam, ale jestem przekonana, że gra świeczki warta. Widoki muszą być oszałamiające! Krążąc po okolicy wstępujemy także do centrum handlowego Illa - jedynego centrum handlowego w tym kraju. Illa nie jest architektoniczną perełką, ale również stanowi dosyć charakterystyczny element krajobrazu. Przylega do głównego deptaka (Avenue Carlemany), wzdłuż którego usytuowane są inne markowe i ekskluzywne sklepy oraz restauracje. Lubimy tamtędy spacerować, czasami nawet pokusimy się o wejście do któregoś ze sklepów i małe zakupy. W dzień jest tam jednak dosyć tłoczno, dlatego wolimy udać się tam też wieczorną porą. Nie dość, że wszystko pięknie oświetlone, to i ludzi mniej. 

Andora dała mi poczucie beztroski, poznałam bardzo miłych mieszkańców tego kraju, którzy chętnie zatrzymywali się widząc nasze uniesione kciuki, udzielali informacji czy wreszcie w ramach Couchsurfingu gościli nas w swoich domach. Poza tym, to bardzo bezpieczny kraj. I tak się tam właśnie czułyśmy. Bezpiecznie i swobodnie. Byłam pod wrażeniem masywnych domów wzniesionych wysoko na górskich zboczach. Czułam niezwykłą bliskość gór, które miałam praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zachwycał mnie niemalże każdy centymetr tego kraju.

Wyjazd do Andory dodał mi mnóstwo pozytywnej energii. Kiedy myślę o tym kraju zapala mi się światełko w oczach i od razu promienieję. Zresztą Andora chyba też nas polubiła, bo płakała kiedy odjeżdżałyśmy. Tamtego popołudnia nieustannie padał rzęsisty deszcz… Wiem, że na pewno jeszcze wrócę do Andory. Najszybciej jak to będzie możliwe! Do odkrycia pozostało przecież tak wiele!

Fotografie i tekst: Anna Burz



Galeria



Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji oraz w celu usprawnienia funkcjonowania witryn www.yougo.pl, korzystamy z technologii plików cookies. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowanie na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dalsze korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
OK