Wakacje na Węgrzech: Balaton

Wakacje AD 2014 postanowiliśmy całą naszą troja tzn. ja, moja małżonka i moja 13-letnia córa spędzić zagranicą. Tak sobie kiedyś ustaliliśmy, że jednego roku spędzamy wakacje w Polsce, a drugiego zagranicą. Od wielu lat chcieliśmy zwiedzić kraj naszych bratanków ze słynnego powiedzenia „Polak, Węgier dwa bratanki…”. Wybór padł zatem na „Węgierskie morze” czyli Balaton – największe jezioro w Europie Środkowo-Wschodniej. Balaton ma długość 70 km, ale jest dosyć wąski, woda w nim przybiera piękny seledynowo-błękitny kolor. Jest to jezioro błotne o walorach zdrowotnych. Południowy brzeg słynie z kurortów i piaszczystych plaż, a północny z wielu zabytkowych miasteczek, zamków, pałaców oraz wygasłych wulkanów.  My z uwagi na to, że lubimy zwiedzać wybraliśmy brzeg północny. Język węgierski jest piekielnie trudny, a po angielsku też trudno się z nimi dogadać, ale udało nam się wynająć pensjonat prowadzony przez Polkę, która wyszła za Węgra i od 20 lat mieszka w tym kraju. Mieszkaliśmy na obrzeżach miejscowości o nazwie Badacsony (czytaj Bodoczoń) słynącej z wyjątkowych win. Wszędzie dookoła znajdowały się winnice porastające okoliczne wzgórza. Ponieważ były to obrzeża miasteczka to do najbliższego sklepu i restauracji mieliśmy 2 km, ale za to do fajnej zacisznej plaży nad Balatonem zaledwie 150 m.

Raniutko 5 lipca wstaliśmy o 4.00, gdyż lubimy jeździć samochodem rano, gdzie nie ma jeszcze dużego ruchu. Po godzinie 5.00 przemierzaliśmy już drogę przez Słowację na Węgry. Do przejechania mieliśmy dokładnie 605 km. W połowie drogi zrobiliśmy sobie wcześniej zaplanowany odpoczynek w Trenczynie, przepięknym, słowackim miasteczku, mającym korzenie w czasach rzymskich i słynącym z majestatycznego zamku na wzgórzu. Wjechaliśmy do centrum i szukaliśmy parkingu. W jednym miejscu zobaczyliśmy znak parkingu i znak strefy dla pieszych, nie było tam zakazu wjazdu, wjechaliśmy tam i zorientowaliśmy się, że parking jest dla określonych samochodów, więc chcieliśmy wyjechać, ale jak spod ziemi wyrósł samochód „Metska Policie” i od razu do nas podszedł policjant stwierdzając „vjechalistie w pesu zonu, dejte dovod osobovy”. Nie pomogły tłumaczenia, że nie było znaku zakazu itp. Policjant stwierdził, że za wjazd w strefę pieszą grozi mandat 50 euro, a on nam daje tylko 10 euro mandatu. Dobrze, że tylko tyle, choć uważam, że i tak niesłusznie. Przekonaliśmy się na własnej skórze o słowackich pułapkach na obcokrajowców. Na koniec policjant grzecznie wskazał, gdzie możemy sobie zaparkować i to za darmo, he, he, łaskawca. Trenczyn i tak warto było zwiedzić, jest tam piękna starówka i przede wszystkim przepiękny zamek. Na rynku napiliśmy się jeszcze pysznej kaviczki, posłuchaliśmy fajnego zespołu, który dawał tego dnia koncert i ruszyliśmy dalej. Na Węgry wjechaliśmy w ogromnej burzy, która jednak po pół godzinie ustąpiła. Mając 70 km do celu zatrzymaliśmy się w bardzo ładnym miasteczku Papa, gdzie zjedliśmy niezbyt dobry obiad. Około 18.30 dotarliśmy do celu, przywitaliśmy się z przesympatyczną panią Dorotą – właścicielką pensjonatu i od razu poszliśmy nad Balaton.

Nastopnego dnia, w upalną niedzielę rano wygrzewaliśmy się na plaży i pływaliśmy w Balatonie, po południu zjedliśmy sobie na obiad węgierski gulasz z kluseczkami oraz spróbowaliśmy słynnej węgierskiej zupy rybnej – haleszle. Wszystko było przepyszne i nie takie ostre, jakby się wydawało. Za trzy obiady zapłaciłem 6000 forintów czyli około 90 zł na polskie. Ceny na Węgrzech są mniej więcej takie same jak w Polsce. Po obiedzie pojechaliśmy sobie zwiedzić zamek Szigliget, z którego rozpościera się wspaniały widok na Balaton. Był ogromny upał, więc po zwiedzeniu zamku znowu wskoczyliśmy do Balatonu. Wieczorem zakupiliśmy podsuszane, paprykowe, węgierskie wędliny, różnego rodzaju papryki i oczywiście węgierskie wino (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że wina na Węgrzech kupuje się w piwniczkach). Usiedliśmy na tarasie z widokiem na Balaton i rozkoszowaliśmy się tymi smakołykami. Wędliny typu salami, choć trochę ostre oraz różnego rodzaju papryki mają chyba najlepsze na świecie. Czuliśmy się wspaniale.

Następnego dnia zwiedzaliśmy półwysep Tihany, słynący ze starego klasztoru. Widok z klasztornego wzgórza na Balaton był prawie, że identyczny z widokiem na morską zatoczkę w Chorwacji czy w Hiszpanii. W miasteczku mnóstwo było tzw. paprykowych domów, czyli chałupek obwieszonych suszonymi paprykami. Super to wyglądało. W Tihany pospacerowaliśmy chwilkę, napiliśmy się lemoniady, ale upał był tak ogromny, że resztę dnia spędziliśmy na plaży w uzdrowisku Balatonfüred. Tam też znowu zjedliśmy cudowny węgierski obiad. Ja zamówiłem sobie zupę gulaszową, żona jakąś inną węgierska zupę, a córka słynne Gundel palacinkas, czyli naleśniki z masą orzechowo-migdałową z bakaliami. Smak tych naleśników był poprostu wyjątkowy. Jest to najlepszy węgierski deser. Kuchnia węgierska wbrew powszednim opiniom wcale nie jest ostra. Mit ostrych potraw wziął się stąd, że Węgrzy do każdej potrawy dają bardzo ostrą pastę paprykową, której nie trzeba używać. Ja dałem sobie do zupy koniuszek łyżeczki z taką pastą i myślałem, że będę zionął ogniem. Na plaży spróbowaliśmy jeszcze langoszy, czyli placków smażonych ma głębokim tłuszczu podawanych z serem żółtym. Całość, choć bardzo kaloryczna jest ciekawa w smaku. Wieczorem wybraliśmy się na spacer po okolicznych winnicach, wszędzie było ich mnóstwo jedne mniejsze, drugie większe. Dużo było też starych owocowych sadów. Czuliśmy się jak w zaczarowanym ogrodzie, a w dodatku cały czas towarzyszył nam widok na Balaton. Od tej pory codziennie wieczorem robiliśmy sobie taki spacer. Po spacerze oczywiście wypiliśmy butelkę wina na tarasie (wtedy też jeszcze sklepowego).

We wtorek pojechaliśmy do Tapolcy, miasteczka, gdzie znajduje się jaskinia, w której pływa się łódką przez wąskie korytarze. Momentami korytarze były tak wąskie, że musiałem porzucić wiosło i odpychać się rękami od skał. Fajna atrakcja, choć trochę za krótka. Jaskinię przepłynęliśmy w około 20 minut. W Tapolcy znajduje się jeszcze fajne zabytkowe miejsce ze starym młynem i kościołem. Wracając z Tapolcy natknęliśmy się wreszcie na piwniczkę z winami. Weszliśmy do środka i pani od razu zaczęła mnie częstować różnymi winami (żonę nie bo ktoś musiał prowadzić samochód). Po takiej degustacji zrobiło mi się wesoło, a jeszcze weselej, gdy usłyszałem, że wino w tej w piwniczce kosztuje zaledwie 1000 forintów czyli około 15 zł za litr. Jakość i smak wina przewyższała stukrotnie te sklepowe. Na wieczór kupiliśmy sobie 2-litrową butelkę i odtąd kupowaliśmy wina tylko w piwniczkach, których poznaliśmy jeszcze kilka.

W środę pojechaliśmy do miasteczka Heviz oddalonego od naszej miejscowości o około 30 km. Miasteczko leży nad największym, w tej części Europy, jeziorkiem z gorącymi źródłami. Przyjeżdżają tam głównie Niemcy i Austriacy, więc wejście jest dosyć drogie około 40 zł od osoby. Woda w tym jeziorze jest siarkowodorowa i ma 37 stopni Celsjusza, a ponadto do jeziora wchodzi się po drabinie z pomostu i od razu głębokość jeziora wynosi 38 m. Z uwagi na gorącą wodę i świadomość, że pod nogami ma się wysokość wieżowca prawie nikt nie odważa się pływać bez specjalnych „oponek”, które wypożycza się za 600 forintów (około 7,5 zł). Nad jeziorem znajdują się jeszcze specjalne boksy, w których można skorzystać z leczniczych kąpieli błotnych. Bardzo nam się tam podobało, choć jak wyszliśmy, to cały czas czuliśmy zapach siarkowodoru. Nieopodal Heviz znajduje się największe i najpiękniejsze miasto nad Balatonem – Keszthely. Nie byłbym więc sobą, gdybym nie zabrał tam swojej rodzinki w drodze powrotnej z Heviz. W Keszthely znajduje się pałac, który nam Polakom kojarzy się z pałacem w Łańcucie, starówka też jest bardzo ładna. Deptak na niej przypomina połączenie Krupówek z sopockim moniakiem, ale rzeczywiście miasteczko jest przepiękne.   

W nocy ze środy na czwartek pogoda się załamała, padał deszcz i zrobiło się chłodno. Nazajutrz nie padało, ale było pochmurno i chłodno, była to zatem idealna pogoda w góry. Poszliśmy sobie więc, zdobyć Badacsony – największy nad Balatonem wulkan mający zaledwie 437 m n.p.m. Na szczycie znajduje się wieża i mnóstwo punktów widokowych. Góra choć nie wysoka to wejście na nią i po jej szczycie zajęło nam około 3 godzin. Po południu pojechaliśmy do Tesco zrobić zakupy. Wracając natknęliśmy się przypadkowo na piwniczkę w miejscowości Gyulacesi. Wewnątrz było cudownie, wszędzie znajdowały się stare beczki z winem i poukładane omszałe butelki, które dla dodania efektu były podświetlane. Całość wyglądała bardzo tajemniczo i niesamowicie. Tam oczywiście znowu pani zaczęła mnie częstować winami, a na koniec dała mi spróbować 50-procentowej palinki – węgierski destylat z różnych owoców. Razem ze mną wina degustował sympatyczny Belg z żoną Węgierką. Smak palinki przypominał nieco włoską grapę, trochę nie moje smaki, więc na koniec zakupiliśmy dwa wina, a Belgowi wina tak smakowały, że zakupił ich dziesięć butelek.

W ostatni dzień naszego pobytu rano bardzo padało, przeczekaliśmy ten deszcz w kawiarni na kawie, później pojechaliśmy do centrum naszej miejscowości, pochodziliśmy po przystani i natknęliśmy się znowu na wspaniałą piwniczkę, urządzoną na styl starej kuchni. Tym razem wina degustowała żona. Przesympatyczny właściciel o imieniu Attyla (tak jak wódz Hunów) przynosił żonie coraz to lepsze wina, a mi i córce pyszny, bezalkoholowy sok z brzozy. Ostanie wino, było już tak dobre, że żona powiedziała, że w życiu takiego nie piła. Attyla powiedział, że to jego najlepsze wino i zażądał za niego 5000 forintów. Stwierdziliśmy, że trochę za drogie i kupiliśmy tańsze, ale też dobre. Popołudniu za namową właścicielki pensjonatu pani Doroty pojechaliśmy na wulkan Hegyestű, który jest przecięty na pół i widać na nim odkrywkę bazaltową. Wyszliśmy tylko na niego i zaczęło padać, ale i tak warto było to zobaczyć. Wieczorkiem po kolacji mieliśmy na koniec niesamowitą przygodę. Około 20.30 przestało padać i stwierdziliśmy, że pójdziemy sobie z żoną na półgodzinny spacer. Córka została w pokoju, bo chciała poczytać sobie książkę. My wyszliśmy bez dokumentów i komórek bo spacer miał trwać zaledwie pół godzinki. Dołączył się do nas jeden facet mieszkający w sąsiednim pokoju i powiedział, że on zna niewiele dłuższe przejście przez las. Weszliśmy do lasu i podążaliśmy początkowo za szlakiem. Było jeszcze widno, w pewnym momencie zgubiliśmy szlak, ale po jakimś czasie szlak znowu się pojawił. Ja stwierdziłem, że lepiej będzie trzymać się tego szlaku, bo robi się już późno, a ten facet powiedział, że nie, że lepiej iść drogą bo ona wyprowadzi nas do miasteczka. Była to leśna droga. W pewnym momencie las się skończył, a droga wyszła w pole w zupełnie w inną stronę. Zaczęło się ściemniać, a my nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i nie mieliśmy komórek. Facet cały czas się cieszył, że ma fajną przygodę, a żona była już całkiem przestraszona. Ja choć też byłem przerażony musiałem zachować zimną krew. W pewnym momencie zrobiło się już całkiem ciemno, nie widać było zabudowań, ani jakiejś większej drogi. Dopiero około 22.00 doszliśmy do szosy i zobaczyliśmy nazwę miejscowości Abrahamegi, która była oddalona od nas o ok. 3 km. Szliśmy tą nieoświetloną drogą i cały czas myśleliśmy co tam córka robi, ale przynajmniej wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Do pensjonatu wróciliśmy o 23.00, więc z półgodzinnego spaceru zrobiła się prawie 3-godzinna wyprawa przez noc. Córka ku naszemu zaskoczeniu czytała sobie bez nerwów książkę.

Rano w sobotę wyjechaliśmy do Polski około 6.30, po drodze zwiedziliśmy sobie położony na skale zamek Beckov na Słowacji. Tym razem byliśmy ostrożni i nie dostaliśmy mandatu. Zwiedziliśmy sobie zamek, który bardzo nam się podobał, napiliśmy się kaviczki i zjedliśmy pyszny sernik w przytulnej kawiarence na rynku miasteczka. W Polsce zatrzymaliśmy się na słynnych plackach ziemniaczanych w Węgierskiej Górce i wyobraźcie sobie, że czekaliśmy na nie 1,5 godziny, a jak je dostaliśmy to stwierdziliśmy, że są mocno przereklamowane i żadna z nich rewelacja.
Podsumowując, Węgry bardzo nam się podobały i na pewno tam jeszcze kiedyś wrócimy.

Tekst i zdjęcia: Maciej Swietek, Kraków


Przewodniki



Galeria



Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji oraz w celu usprawnienia funkcjonowania witryn www.yougo.pl, korzystamy z technologii plików cookies. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowanie na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dalsze korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
OK