Wakacje: Chorwacja

Żeby dużo zobaczyć, niekoniecznie trzeba dużo wydać. Oczywiście – każdy odpoczywa na swój sposób: jedni uwielbiają leżeć na złocistej plaży w sąsiedztwie zielonych palm , inni spacerować po znanych i atrakcyjnych kulturowo miejscach, jeszcze inni chcą spędzić swój urlop w nietuzinkowym otoczeniu, poznając nowych ludzi i doświadczając nowy przeżyć. Niełatwo jest pogodzić wszystkie preferencje, ale przy odrobinie dobrej woli jest to możliwe. Nam się udało.

Dlaczego wybraliśmy Chorwację na miejsce, w którym spędzimy ten długo wyczekiwany urlop? Przede wszystkim dlatego, że dwójka z naszej ekipy, już tam była. Był to pierwszy wyjazd tego typu i chcieliśmy mieć jakiś punkt podparcia – znane komuś miejsce, do którego możemy udać się na początku, aby w kolejnych dniach ruszyć na dziewicze dla wszystkich tereny. Żeby zwyczajnie czuć się bezpieczniej na starcie. Przeglądając przed wyjazdem foldery i przewodniki utwierdziłam się w wyborze tego kraju – zdjęcia, barwne opisy i ciekawe miejsca przyciągały jak magnes i wywoływały trudną do opanowania chęć natychmiastowego wpakowania się do samochodu.

Wreszcie nadszedł ten długo wyczekiwany dzień – sobota, 6 września. Po pracy szybko udałam się do domu, gdyż wyjazd planowaliśmy na 22. Oczywiście spakowany plecak, przygotowany śpiwór i karimata czekały  na swój moment. Wydawałoby się, że nasze toboły nie zajmą dużo miejsca, a tu proszę – cały bagażnik wypchany, a siedzenia z tyłu zagracone. Lekko obciążoną Astrą ruszyliśmy z Zakopanego około 22.15.

Nie planowaliśmy swojej wycieczki szczegółowo, GPS ustawiliśmy na Zagrzeb, a potem „zobaczmy”. Przejazd nocą przez Słowację nie należy do marzeń chyba żadnego kierowcy – trzeba się bardzo pilnować, żeby nie łamać przepisów i nie przekraczać prędkości, ponieważ słowaccy policjanci często wyrastają znikąd i chętnie wypiszą mandat dla obcokrajowca. Natomiast przejazd nocą przez Budapeszt, to dopiero gratka! Mimo, że na chwilę zgubiliśmy drogę, i tak było warto. To miasto chyba nigdy nie śpi. Była mniej więcej 3 w nocy a centrum tętniło życiem, mieszkańcy spacerowali, jechali autobusem lub stali na rogach ulic w małych grupkach. No i największa zabawa – odczytywanie szyldów sklepów po węgiersku – istny łamacz języka!

Za Budapesztem rozpoczyna się autostrada, która ciągnie się do Chorwacji i dalej, na jej terytorium. Kupując winietę na stacji benzynowej nie nakleja się jej na szybę, jak na Słowacji, ale numer rejestracyjny samochodu zostaje wpisany do systemu i kontrola policyjna wyszukuje po numerze w bazie danych. Jeśli chodzi o Chorwację, to niestety trzeba się przygotować na bramki, które najlepiej opłacać w kunach.

Docierając do okolic Zagrzebia około 7 rano mieliśmy nieco zawiedzione miny. Pogoda była mało wakacyjna – siąpił deszczyk, temperatura sięgała mniej więcej 15 stopni, niebo zachmurzone. Zupełnie jak u nas. Już w trakcie drogi zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Seline – małego miasteczka nad samym morzem. Byliśmy zmęczeni po nocnej podróży i bardzo chcieliśmy już wejść do wody. Przejeżdżając autostradą przez góry i liczne tunele zastanawialiśmy się co będziemy robić w taką pogodę, aż tu nagle wyjeżdżamy z jednego z prawie sześciokilometrowych tuneli i co widzimy po drugiej stronie gór? Ciemnoniebieskie niebo, bez żadnej chmurki i co najważniejsze słońce! Szok był całkiem spory, a widoki stały się wręcz niesamowite. Biało-rudawe skały na tle nieba, kręta droga, a przed nami, na dole, mnóstwo wody.

Większość plaż w Chorwacji jest kamienista. Przyznam szczerze, że na początku trochę kłuło w plecy, ale po chwili człowiek się przyzwyczaja i gdy miałabym wybierać, to chyba jednak zagłosowałabym właśnie na plażę kamienistą – przynajmniej piasek nie dostaje się w każdy zakamarek i bez obawy można położyć jedzenie na ziemi. W Seline plaża była malutka, jak zresztą samo miasteczko. Spędziliśmy tam cały dzień, a po południu wybraliśmy się na przechadzkę. Zaszliśmy oczywiście na malutki rynek i podeszliśmy do jednego z niewielu stoisk z owocami. Sprzedawca zaczął zagadywać i tak, od słówka do słówka, doszło do rakii. Pan wyciągnął spod drewnianej lady kilka butelek. Bo tam, nie tak jak u nas, każdy może produkować w domu swój alkohol, nie tylko na potrzeby własne, ale również innych. Zostaliśmy zaproszeni do degustacji – panie smakowe, panowie czysta. Degustacja również inna niż u nas – nie skąpi się kilku kropel na dno, tak, że tylko usta można zamoczyć, ale nalewa się pół plastikowego kubka i trzeba wypić! Oczywiście można się targować. I kto by się nie skusił?

Decyzji gdzie zanocujemy nie podejmowaliśmy długo – na plaży! Jako, że w Chorwacji spanie „na dziko”, czyli w niewyznaczonym do tego miejscu, a co za tym idzie, odpłatnym, jest zabronione i surowo karane, my po prostu nie braliśmy namiotu. Gdy trochę się ściemniło, przygotowaliśmy późny obiad na kuchence turystycznej i popiliśmy rakiją. A potem wpakowaliśmy się w śpiwory i zasnęliśmy patrząc na gwiazdy.

Około szóstej rano obudził nas odgłos silnika i kół na kamieniach. Z okna samochodu wychyliła się niezbyt sympatycznie wyglądająca męska twarz i zwróciła nam uwagę, że nie powinno nas tu być. Było już jasno, ale słońce znajdowało się jeszcze za górami. Po szybko zaimprowizowanym śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Kierunek – Zadar!

Już o dziesiątej upał stał się uciążliwy. Długo jeździliśmy po mieście szukając bezpłatnego miejsca parkingowego. Ludzi było mnóstwo, miasto samo w sobie też całkiem spore, szczególnie w porównaniu z kilkoma domkami w Seline. Gdy udało się w końcu odstawić nasz wehikuł w jak najmniej nasłonecznionym miejscu udaliśmy się na promenadę. Zbudowana z jasnego kamienia pięknie kontrastowała z głębokim błękitem nieba, a posadzone w rzędzie drzewka dawały przyjemny cień i chwilę wytchnienia. Dochodząc do końca promenady można usłyszeć muzykę. Jednak gdy się rozglądniemy, nie zobaczymy żadnego ulicznego artysty. A przynajmniej nie takiego, jakiego spotkać można na deptakach i rynkach polskich miast, ponieważ zadarskim grajkiem jest może, a instrumentem są schodzące w stronę wody schodki z niedużymi otworami. Organy te wybudowane zostały dziewięć lat temu i są jedynym w swoim rodzaju dziełem architektonicznym. Nieco dalej znajduje się ciekawa instalacja przedstawiająca nasz Układ Słoneczny, a najbardziej widowiskowe jest przedstawienie Słońca – koło o średnicy 22 metrów w dzień jest ogromną baterią słoneczną, aby po zmroku zamienić się w świecącą różnymi barwami kulę.

W takie upalne dni obowiązkiem turysty jest zjedzenie lodów. Doświadczenie z chorwackimi kuglami, jak nazywają oni gałki lodów, zdobyliśmy już dnia poprzedniego, ale te w Zadarze nie miały sobie równych – pysznie owocowe, doskonale orzeźwiające i przede wszystkim duże! Obowiązkiem jest również zobaczenie starego miasta i dawnego forum, niedaleko którego znajduje się malutki park, na którego trawniku rozstawione są odłamki rzymskich budowli z czasów starożytnych z antycznymi płaskorzeźbami.

Nadszedł czas na relaks – postanowiliśmy udać się do Ninu – jednego z niewielu miejsc w Chorwacji, gdzie można opalać się na piaszczystej plaży. Niestety miejsce to jest na tyle popularne, że postanowiono na tym zarobić i przed wjazdem na plażę pobierana jest opłata w wysokości 30 kun, czyli około 17 złotych. Chyba, że ktoś nie ma samochodu – wtedy nie płaci. Postanowiliśmy się pozbyć naszej Astry na kilka godzin i zostawiliśmy ją u przemiłej sprzedawczyni arbuzów z przydomowego straganiku. Oczywiście ciężko było się nie skusić na arbuza, który był dwa razy większy od sprzedawanych w Polsce. Plaża w Ninie wygląda jak placek wynurzający się z płytkiej zatoki. Tak płytkiej, że gdy chce się popływać w morzu, trzeba przejść około 300 metrów, żeby zanurzyć się powyżej pasa. Odpoczywając mogliśmy obserwować narciarzy wodnych ciągniętych przez paralotnie oraz ludzi pokrytych od stóp do głów czarną mazią. Było to znane błoto lecznicze, pomagające m.in. na reumatyzm i problemy skórne.

Wieczorem wybraliśmy się na wyspę Pag. Od strony północno-zachodniej dostać się tam można promem, natomiast od południowego wschodu przez piękny, szczególnie na tle zachodzącego słońca, most, obok którego znajduje się platforma widokowa. Po drugiej stronie ulicy widać ruiny zameczku, pod które również można podjechać. Była to raczej strażnica, prawdopodobnie strzegąca dostępu do wyspy. Krajobrazowo Pag różni się nieco od wybrzeża – częste i silne wiatry oraz wysoka temperatura sprawiły, że nie ma tu zbyt bujnej roślinności, a zbocza wyspy pokrywają niskie krzewy, suche drzewa i splątane zarośla. Samo miasto Pag jest bardzo malownicze i – podobno  - jedno z najdroższych w Chorwacji. My zostawiliśmy je za sobą i pojechaliśmy dalej szukać noclegu. Zaparkowaliśmy samochód w zatoczce i zeszliśmy na dół, w stronę morze. Udało nam się znaleźć cudowne miejsce na spędzenie nocy – niewielka polanka zaraz nad stromym zejściem na plażę, otoczona wokół wysokimi suchymi drzewami.

Następnego dnia planowaliśmy nurkowanie. Morze było tak krystalicznie czyste, że wszystko było widać nawet bez maski. Niestety przy plażach Pagu aż roi się od jeżowców i trzeba bardzo uważać, bo nawet nie wyobrażam sobie bólu nadepnięcia bosą stopą na czarne grube kolce długości 5 centymetrów. Wzdłuż wybrzeża ciągnie się ścieżka, prowadząca raz plażą, to znów łąkami. Cały dzień spędziliśmy na opalaniu, nurkowaniu i spacerowaniu po wyspie. Pod wieczór postanowiliśmy wyruszyć dalej na północny zachód – krętą drogą nad samym morzem. Po drodze zatrzymaliśmy się przy babci siedzącej za skleconym z desek stoiskiem z arbuzami i warzywami i zapytaliśmy o wino. Oczywiście, że ma! Naturalnie, że sprzeda! Jedyne 15 kun za litr, czyli niecałe 8 złotych. Zdegustowaliśmy i kupiliśmy parę butelek, głównie jako prezenty dla rodziny, gdyż było naprawdę znakomite: czerwone, półsłodkie, z intensywnym winogronowym aromatem.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w osłoniętej od drogi zatoczce, gdzie zostawiliśmy samochód. Następnie wzięliśmy wszystkie niezbędne do spania rzeczy i ruszyliśmy po ogromnych głazach w stronę morza. Dotarliśmy do niewielkiego lasku na stromym klifie – miejsce idealne! Obok znajdowała się czerwona latarnia, a zachód słońca na jej tle był magiczny. Popijając wino planowaliśmy naszą dalszą podróż – zamierzaliśmy jechać do Senij, a stamtąd jeszcze na północ i być może na wyspę Krk.

W nocy z oddali było słychać grzmoty, powietrze było duszne i ciężkie, a komary gryzły jak szalone. Ranek był słoneczny, aczkolwiek na horyzoncie widać było niepokojące chmury. Postanowiliśmy się ewakuować z tego idyllicznego zakątka i jechać prosto do Senij – droga była trudna i nie chcieliśmy jej pokonywać w deszczu.

Kontynuowaliśmy podróż nadmorską drogą. Widoki z samochodu były wprost niesamowite: po prawej stronie strome, rudo-białe góry i maleńkie miasteczka wciśnięte w skały; a po lewej nieskończona toń wody. Niestety nie udało nam się uniknąć deszczu i do Senij dotarliśmy w dość sporej ulewie. Uzbrojeni w parasole ruszyliśmy do portu, gdzie znaleźliśmy miłą kawiarnię, kupiliśmy kugle i usiedliśmy w ogródku pod markizą. Skorzystaliśmy z wi-fi, aby sprawdzić pogodę i szczęki nam opadły. Na najbliższe dni nie zapowiadała się żadna zmiana – miało padać aż do soboty, czyli do dnia, kiedy mieliśmy wyjeżdżać. Co gorsza, tak samo miało być w całej Chorwacji, Słowenii, na Węgrzech i Słowacji. Musieliśmy podjąć ciężką decyzję o rozstaniu z tym malowniczym, pełnym uroczych zakątków krajem. Musieliśmy wracać do domu, bo oczywiście, mogliśmy wynająć pokoje, ale co tutaj robić, kiedy ciągle pada?

Lekko zawiedzeni udaliśmy się na zakupy do supermarketu, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Byliśmy w Chorwacji zbyt krótko, żeby móc w pełni docenić jej wdzięki, ale wystarczająco długo, by nas urzekła i sprawiła, że na pewno tam wrócimy. Mimo skróconego pobytu byliśmy zadowoleni: dużo zobaczyliśmy, codziennie odwiedzaliśmy inne miejsca, spaliśmy pod gołym niebem i trafialiśmy w zakątki, które przeciętny turysta na pewno by przeoczył. Udało nam się pogodzić wypoczynek na plaży ze zwiedzaniem i aktywnym spędzaniem czasu, próbowaliśmy regionalnych specjałów, nie z restauracyjnej kuchni, ale takich, jakie są najlepsze – prosto od domowych producentów. Przywieźliśmy wspaniałe wspomnienia i za rok planujemy kolejny wyjazd samochodem… Może do Włoch?

Tekst i zdjęcia: Natalia Batko z Zakopanego

 

Przewodniki



Galeria



Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji oraz w celu usprawnienia funkcjonowania witryn www.yougo.pl, korzystamy z technologii plików cookies. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowanie na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dalsze korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
OK