Pomysł na wakacje: Chiny

Lubi podróżować w „Nieznane”, ma świetne oko fotoreportera, zacięcie pisarskie i duuużą słabość do dobrego jedzenia. Dalece utalentowana reprezentantka płci pięknej - Jolanta Broda. Przeczytajcie i obejrzyjcie jej autorski reportaż z podróży po Chinach. - Przedstawiam kilka obserwacji z podróży po Chinach. O Chinach, ich zabytkach, przyrodzie, historii możemy przeczytać bez problemu w przewodnikach, postanowiłam więc podzielić się z Wami kilkoma subiektywnymi spostrzeżeniami - mówi Jola.

Zawody u nas nieznane

W Chinach, jak wiemy, ludzi jest sporo. I każdy powinien pracować (opieka socjalna praktycznie nie istnieje). Ponieważ Chińczyków jest dużo, a pracy trochę mniej, rząd znalazł na to sposób, wymyślając nieznane nam zawody:

przystankowy – jest to człowiek ubrany na żółto z chorągiewką w dłoni, stojący na przystanku i machający na autobusy. Czasami nie macha, bo jest zajęty prowadzeniem rozmowy z innym przystankowym albo i dwoma. Autobusom to nie przeszkadza, i tak się zatrzymują. Nie na wszystkich przystankach stoją przystankowi, myślę więc, że jest jeszcze sporo wolnych miejsc pracy

kierunkowskaz – jest to osoba, przeważnie kobieta, siedząca na specjalnie do tego wyznaczonym miejscu w autobusie. Jej jedna ręka cały dzień pracy spędza za oknem, machając w różnych kierunkach, co ma sygnalizować chęć włączenia się do ruchu bądź skręcenia. Czasami macha ot tak, na przykład znajomym. Dodam, że autobusy mają sprawne fabrycznie zamontowane kierunkowskazy

• czasami pani kierunkowskaz „ciągnie” dwa etaty, przypominając wysiadającym pasażerom o konieczności przyłożenia karty do czujnika, co da nam pewność, że „kasownik” nie policzy nam jak za kurs z jednego końca miasta na drugi (co zdarza się w nielicznych autobusach, ale jednak)

barierowy – na starszych stacjach metra, na których nie zamontowano jeszcze szklanych barier uniemożliwiających upadek na tory, roi się od ubranych w żółte kamizelki osobników płci obojga, którzy niestrudzenie odsuwają stojących metr od krawędzi pasażerów, pouczają, a co nadgorliwsi próbują nawet koordynować wsiadanie i wysiadanie pasażerów z i do metra, powodując w najlepszym razie ich zniecierpliwienie

czujnik parkowania – znajduje się prawie w każdym miejscu, w którym mogą zaparkować więcej niż cztery samochody. Biegnie w stronę wyrażającego chęć parkowania samochodu wykonując ostrzegawcze gesty i wydając dźwięki mające sygnalizować nieprawidłowe wykonywanie manewru. Jest to zawód ogromnie ceniony i niezbędny, co stwierdziłam patrząc przez 15 minut na bezradne rozglądanie się kierowcy za czujnikiem parkowania, a potem bezskuteczne próby zaparkowania i wielką radość, gdy czujnik parkowania pojawił się na horyzoncie.

pasowy – na wielu przejściach dla pieszych stoi osoba (albo i dwie) w pomarańczowej kamizelce i wymachuje rękami, sygnalizując pieszym, że mogą przejść przez ulicę. Dodam, że sygnalizacja świetlna działa, a działania te nie mają żadnego wpływu ani na pieszych, ani na kierowców, gdyż wszyscy ignorują zarówno sygnalizację świetlną, jak i osobnika machającego rękami

Jest jeszcze zawód czyściciela uszu, co zaobserwowałam kiedyś na ulicy. Jeden pan zaczepił drugiego, o coś zapytał, drugi ochoczo skinął głową, po czym obaj przysiedli na murku, pierwszy rozłożył szereg przyrządów i przez 20 minut doprowadzał uszy klienta do czystości.

Przerost zatrudnienia widać wszędzie: w małych sklepikach, gdzie jedna osoba śpi na schodach przed wejściem, druga rozmawia przez telefon, trzecia sennie gapi się przed siebie, a czwarta być może nas obsłuży. W małych knajpkach z trzema stolikami, po porze lanczu częstym widokiem jest trzech śpiących z głową na stole kucharzy. W ogóle spanie jest chyba jednym z ulubionych zajęć Chińczyków, czasami można się potknąć o kogoś, kto z braku innego miejsca przerwę w pracy spędza śpiąc na chodniku. Przerost zatrudnienia nie odbija się chyba zbytnio na stanie chińskiej gospodarki, skoro Chiny mogłyby kupić całe długi państwowe Portugalii, Hiszpanii, Irlandii i Grecji i jeszcze zostałoby im na zakup Apple, Microsoftu, IBM i Google (źródło: Rzeczpospolita).

Podatki po chińsku

Nie mam pojęcia, jak funkcjonuje chiński system podatkowy, ale wiem, jak funkcjonuje on w przypadku podatku od wynagrodzenia polskiego pracownika pracującego w Chinach, pobierającego pensję od polskiego pracodawcy. Otóż nie płaci się podatku dopóki urząd nas nie wezwie. Idziemy i grzecznie przyznajemy się, że zarabiamy 5 tys. yuanów. Urzędnik chińskiego aparatu skarbowego patrzy na nas, kręci głową i mówi, że dyrektor biura europejskiej firmy na pewno zarabia 20 tys. yuanów. Na to my kręcimy głową i mówimy, że nasz kraj jest biedny i że zarabiamy 8 tys. yuanów. Chiński urzędnik skarbowy znów kręci głową i mówi, że nasz kraj należy przecież do Unii Europejskiej i że zarabiamy 15 tys. yuanów. My na to, że może i nasz kraj należy do UE, ale nie mamy euro i różnice kursowe są bardzo niekorzystne i że zarabiamy 10 tys. yuanów. W zależności od fantazji, cierpliwości i ilości posiadanego czasu uzyskujemy w końcu kompromis z chińskim aparatem skarbowym i niechętnie przyznajemy, że zarabiamy 12 tys. juanów. Nie muszę chyba dodawać, że chiński urząd skarbowy ma gdzieś, że nasza pensja wpływa w złotówkach na konto naszego banku w Pekao S.A. O/Kraków, pomniejszona o stosowne daniny dla naszego mniej skłonnego do negocjacji urzędu skarbowego i ZUS. Na szczęście nasz polski pracodawca jakimś cudem nie podejrzewa nas o chęć wyłudzenia i zwraca nam płacony w Chinach podatek w różnych formach, zależnych od kreatywności jego księgowej.

Budownictwo i warunki mieszkaniowe w Chinach

Oczywiście w Chinach buduje się dużo. Wyburza się klimatyczne zabytkowe dzielnice hutongów, a na ich miejsce powstają wieżowce. Metr mieszkania w Pekinie kosztuje średnio 12 tys. zł. Średnie zarobki są nieco wyższe niż u nas. Mieszkania są małe, a kuchnie w nich mikroskopijne, być może dlatego, że większość Chińczyków wszystkie posiłki je na mieście (biorąc pod uwagę cenę i jakość jedzenia – nie dziwię się wcale). Albo może Chińczycy jedzą na mieście, bo nie mają gdzie gotować? Nie udało mi się tego ustalić…

Obecnie wznoszone budynki mają ogromne hole, gdzie można usiąść, poczekać na kogoś, zdrzemnąć się albo wypić mleko sojowe lub też pojeździć na wrotkach. Jest też oczywiście recepcja, gdzie zawsze siedzi lub śpi (przeważnie) jakiś recepcjonista. Nikt nie wie, komu i do czego potrzebna jest recepcja i recepcjonista, bo do budynku może wejść każdy. Poza holem budynki przypominają już zwykłe bloki. Światło zapala się na dźwięk otwierających się drzwi windy, stukot obcasów, skrzypienie drzwi. W przypadku braku tych bodźców akustycznych należy klasnąć lub tupnąć, w związku z czym możliwe jest, że o 3 nad ranem obudzi nas uporczywe tupanie sąsiada, nad którego drzwiami spaliła się akurat żarówka. Może nas też przez rok budzić o 7 rano łomot, stukot, wiercenie i kucie. To znak, że właściciel budynku, w którym mieszkamy na ostatnim, 14 piętrze, postanowił zarobić coś jeszcze i właśnie rozpoczął dobudowę dwóch kolejnych pięter, nie pytając nas ani nikogo innego (ze stosownym urzędem włącznie) o zdanie.

Dziewięć milionów rowerów w Pekinie i inne zagadnienia komunikacyjne

Większość rowerów stoi gdzieś zakurzona, z części korzystają turyści, pozostałe zapewne zezłomowano. Mieszkańcy Pekinu poruszają się głównie na skuterach, motorach, rowerami napędzanymi elektrycznie oraz najnowszymi modelami Audi A6, koniecznie czarnymi. W Szanghaju ilość jednośladów wyraźnie się zmniejsza. Na wsiach pedałujących widziałam głównie turystów i starszych ludzi, za to skutery są bardzo popularne.

Poruszanie się autobusami jest o tyle trudne, że owszem, mają numery, ale już trasę przejazdu napisano wyłącznie w „krzaczkach”. Możemy więc sprawdzić na mapie, dokąd chcemy jechać, wsiąść do pierwszego autobusu i jechać, dopóki nie skręci tam, gdzie absolutnie jechać nie chcemy. Następnie cofamy się o przystanek, znów wsiadamy do autobusu (wskazane byłoby aby autobus miał numer inny niż ten, z którego przed chwilą wysiedliśmy) i znów jedziemy aż do chwili, gdy skręci nie tam, gdzie chcemy jechać. I tak do skutku. Nie jest to kosztowna zabawa, jednorazowy przejazd kosztuje zaledwie 18 groszy. Pytanie stojących na przystanku Chińczyków nie ma sensu. Nie mówią po angielsku. Gdyby jakimś cudem zrozumieli, o co nam chodzi, dziewięciu odpowie, że nie ma pojęcia (choć ośmiu z nich wsiądzie potem do autobusu, którym chcieliśmy jechać), a dziesiąty powie nam, że to w ogóle nie ten przystanek i nie w tę stronę.

Poruszanie się metrem jest zdecydowanie przyjemniejsze, pod chińskimi nazwami stacji napisano nazwy czytelnymi dla nas literami (czyli w pinyin). Metro jest świetnie oznakowane, klimatyzowane, jeździ bardzo często. Niejakim problemem może okazać się opuszczenie stacji właściwym wyjściem, które oznakowane są dużo gorzej. Przed wejściem do metra musimy poddać każdą najmniejszą rzecz trzymaną w ręce (na przykład malutką reklamówkę z jedną parą skarpetek) kontroli promieni rentgena, o czym przypominają nam dwie osoby wskazujące ręką, gdzie trzeba położyć torebki i siatki oraz jedna albo dwie osoby przypominające nam, żeby owe pakunki zabrać. Tę niewielką uciążliwość rekompensuje przyjemne poczucie bezpieczeństwa w trakcie podróży metrem.

Wydawałoby się, że najpewniejszym sposobem dotarcia do celu jest taksówka, zwłaszcza, że taksówki są bardzo tanie. Nic bardziej mylnego. Wsiadamy do taksówki i podajemy wizytówkę hotelu. Kierowca patrzy na nas, wizytówka nie wzbudza jego najmniejszego zainteresowania. Wyrywamy mu ją z ręki, palcem pokazujemy adres hotelu napisany w jego języku, kierowca nadal patrzy na nas pytająco. Dwadzieścia razy powtarzamy nazwę hotelu, kierowca nadal nie odpala silnika i patrzy na nas już ze złością. Z rozmowy na migi wynika, że powinniśmy podać kierunek, w którym chcemy jechać, numer obwodnicy, nazwę jakiegoś znanego obiektu w okolicy i pilotować go aż pod sam hotel. Poddajemy się, dzwonimy do hotelu (gdzie na szczęście mówią po angielsku) i prosimy o wyjaśnienie kierowcy, dokąd ma jechać. Przy okazji rozumiemy już stoiska na lotnisku z kartami do telefonów i napisem „China mobiles” (rozmowa z własnej komórki to wydatek ok. 10 zł za minutę). Po 5 minutach jazdy docieramy do hotelu trzy przecznice od miejsca, gdzie wsiedliśmy do taksówki

Komunizm

Komunizm kojarzył mi się z szarością i biedą, tymczasem chińskie miasta to tętniące życiem metropolie, kolorowe, pełne restauracji, klubów, sklepów (Zara, H&M, Prada, Gucci, Svarowski), wieżowców, dzieci z i-podami i laptopami w metrze, luksusowych samochodów na pięciopasmowych ulicach. Chinki wychodzące z zakupami ze sklepu Louis Vuitton… O tym, że jestem w kraju komunistycznym, przypominał mi brak choćby jednej anteny satelitarnej, niemożność obejrzenia wiadomości BBC i brak możliwości zalogowania się na Facebooku poza miejscem, gdzie możliwość taka istniała całkowicie nielegalnie. Wizerunek Mao przywitał mnie tylko raz, na bramie, którą się wchodzi do Zakazanego Miasta. Potem widziałam go już tylko na metalowych, emaliowanych kubkach, które stanowią chętnie kupowaną pamiątkę z Chin i na podkoszulkach, obok tych z wizerunkiem Che.

I na koniec… jedzenie

Po trzech tygodniach jedzenia wyłącznie chińszczyzny nie miałam dość. Polubiłam chińskie śniadania: nuddle (coś jak rosół) z kluseczkami, warzywami, mięsem lub pierożkami, smażone kulki z ciasta z farszem mięsnym, naleśniki z jajkiem i zieleniną ze straganu na ulicy. Pałeczkami radzę sobie już jak rodowita Chinka ;)

Szaszłyki z ośmiorniczek kupowane na straganach były przepyszne, ryba w piwie, żaba, którą kelnerka przyniosła żywą, żebyśmy zaaprobowali gabaryty, kurczak na sto sposobów, kaczka po pekińsku, mnóstwo warzyw, grzybków, pędów bambusa. Chciałam spróbować szaszłyków ze skorpiona albo świerszcza, ale gdy zobaczyłam, jak skorpiony nadziane na patyk machają groźnie ogonkami, zrezygnowałam. No dobrze, nie był to jedyny powód. Szaszłyków z larw też nie spróbowałam. Zjadłam natomiast, prawdopodobnie, szczura… całkiem niechcący. Jak zawsze w czasie podróży omijałam szerokim łukiem restauracje w miejscach, gdzie jest dużo turystów, starając się znaleźć taką, w której najwięcej było miejscowych. To niezawodny sposób na zjedzenie smacznego posiłku, choć czasami można trafić na niespodziankę (patrz: szczur), gdyż w takich miejscach menu jest tylko po chińsku i bez zdjęć potraw.


Przewodniki



Galeria



Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji oraz w celu usprawnienia funkcjonowania witryn www.yougo.pl, korzystamy z technologii plików cookies. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowanie na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dalsze korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
OK