Pociągiem przez Tajlandię

Przez otwarte okna wagonu drugiej klasy wpadają niezliczone ilości komarów, much i wszystkiego, co ma co najmniej cztery nogi i skrzydełka. Zamknięcie okna nie wchodzi w grę, duszne powietrze i wysoka temperatura zmuszają człowieka do zaakceptowania irytujących, bolesnych ukąszeń. Kolejny dzień w podróży dobiega powoli końca, powieki stają się coraz cięższe i tylko wędrujące między wagonami przekupki uniemożliwiają zaśnięcie.

Sprzedają wszystko, co tylko człowiek jest w stanie zjeść lub wypić. Plastikowe butelki z napojami, umieszczone w wiaderku z lodem. Kosze pełne owoców, słodyczy i gotowe dania z ryżu, jajka i kawałka mięsa. Pociąg zatrzymuje się na wielu mniejszych stacjach, zapomnianych przez Boga, pośrodku pola lub otoczonych kilkoma domami. To właśnie na nich wskakują do wagonu drobni sprzedawcy, szukają spragnionych i głodnych a potem szybko wyskakują, w miarę jak pociąg zaczyna ruszać. Uśmiechem odmawiam, zrobiliśmy zapasy przed wyjazdem. Monotonna podróż.

Za oknem olbrzymia kula Słońca, niebo zdaje się płonąć na różowo. Kilka godzin wcześniej wyjechaliśmy z Bangkoku. Wiedzieliśmy, że podróż koleją to naprawdę tania i atrakcyjna forma przemieszczania, zwłaszcza w tym regionie. Doświadczenie zdobyliśmy kilka tygodni wcześniej, wybierając się, również z Bangkoku, do miejscowości Nong-Khai na północy Tajlandii. Teraz, bez większego namysłu wybraliśmy kierunek południowy, chcąc zatrzymać się po drodze w jakimś przyjemnym, interesującym nas mieście a potem dotrzeć do Malezji. Pamiętam jak staliśmy na dworcu, świeżo po podróży, zastanawiając się gdzie powinniśmy wysiąść w pierwszej kolejności. Magda wyciągnęła więc swój telefon, szukając dobrego połączenia z internetem. Udało się. Zdjęcia i opis bardzo nam się spodobały, nie było więc mowy o przedłużaniu decyzji. Już po chwili trzymałem w dłoni bilety na trasie Bangkok-Prachuap Khiri Khan.

Pociąg odjeżdzał następnego dnia, o godzinie trzynastej. Noc spędziliśmy w hostelu, wciśniętym w boczną uliczkę przy ruchliwej trasie. Tam spotkaliśmy się z kolejnym już przykładem wielkiego zaufania i życzliwego podejścia ze strony miejscowej ludności. Wyluzowany właściciel leniwego kota obniżył nam cenę za pokój i pozwolił zapłacić przy wyjeździe. Wcześnie rano wypiliśmy kawę, spakowaliśmy nasze plecaki i pełni zapału ruszyliśmy w stronę dworca. Bez żadnych rezerwacji, z ogólnym planem podróży. Prachuap Khiri Khan, nadmorskie miasteczko położone na wschodnim wybrzeżu Tajlandii, to dla nas pierwsza okazja do zanurzenia stóp w ciepłej, w miarę czystej wodzie. Był już wieczór, okolice wypełniał odgłos ukrytych w zaroślach pasikoników. Bardzo szybko zauważyliśmy mały, oświetlony szyld reklamujący przytulny hostel. Nie ma nic przyjemniejszego niż takie rodzinne, klimatyczne miejsca, w których człowiek czuje się "jak w domu". Zwłaszcza wieczorną porą, w cichym miejscu, z dala od zgiełku wielkiego miasta. Prachuap Khiri Khan wykradł dwa dni z naszego życia, w zamian zaoferował spokój, kilkukilometrowy spacer brzegiem morza, a także konfrontacje z miejscowymi małpami.

Tutaj bowiem znajduje się Wat Thammikaram Worawihan, położona na miejscowym wzgórzu Świątynia Małp. Nam ogromną przyjemność sprawiła obserwacja tych niesamowitych, sprytnych zwierząt. Chętne osoby mogą wejść na sam szczyt wzgórza, z którego rozpościera się widok na miasteczko i jego okolice. Panorama jest wspaniała, ale wizja unikania kontaktu wzrokowego z ogromną rzeszą małp potrafi zmusić osoby o słabych nerwach do odwrotu. My zdecydowaliśmy się na wspinaczkę w godzinach południowych, kiedy wysoka temperatura i oślepiające Słońce przegnały małpy do głębokich jaskiń. Smutno było rozstawać się z klimatem tego miejsca, jak i przemiłą rodziną, właścicielami naszego hostelu. Następny odcinek trasy pokonaliśmy w trzeciej klasie, dla oszczędności i z potrzeby przeżycia większej przygody. Na pociąg czekaliśmy kilka godzin, był bowiem opóźniony, co jest niestety częstym tutaj zjawiskiem. Twarde jak kamień siedzenia, nieprzyjemny zapach wydobywający się z tolety, lepkie od brudu elementy wyposażenia, no i te wiatraczki, małe, metalowe i dostarczające wątpliwego komfortu. To jednak przygoda, przynajmniej w naszym odczuciu. Sam pociąg pędził jak szalony, starając się nadrobić istniejące opóźnienie. Muzyka płynąca z odtwarzacza mp3 przyspieszyła ruch wskazówek zegara i nad ranem byliśmy już w Surat Thani.

Na miejscu okazało się, że stacja kolejowa oddalona jest od miasta o czternaście kilometrów. Obiecaliśmy sobie, że w czasie naszej podróży nie skorzystamy z dobrodziejstwa taksówek. Zrezygnowawszy z poszukiwań dworca autobusowego, przygotowaliśmy stopy i plecaki do długiego marszu. Radość z dotarcia na miejsce była ogromna, tak cieszyć może się tylko człowiek, który z powodu własnej dumy i poczucia niezależności, dotarł do jakiegoś miejsca o własnych siłach. Magda stwierdziła, że musimy popłynąć na jakąś wyspę. Być może taką, której zdjęcia rzucają się w oczy na tych wszystkich, turystycznych folderach. Ja wyobrażałem ją sobie trochę inaczej, mniej komercyjnie. Pomimo początkowych obiekcji zaakceptowałem tę propozycję i już wkrótce siedzieliśmy na plastikowych krzesełkach górnego pokładu, obserwując znikający za horyzontem ląd. Nasz prom płynął w kierunku Ko Samui, turtystycznego raju pośród palm i kokosów. Nasze twarzy zdobiły szerokie uśmiechy, w końcu backpacker też ma prawo do słodkiego lenistwa na czystej plaży, obmywanej przez krystalicznie czystą wodę. Na miejscu okazało się, że moje obawy nie były bezpodstawne. Raj dla bogacz. bez cienia wątpliwości.

 Sfrustrowany, głodny i zmęczony wpadłem po kostki w kałużę błota. Wyprawa na egzotyczną wyspę zakończyła się szybką ucieczką z powrotem na prom, w kierunku Don Sak. Popełniliśmy błąd, który kosztował nas sporo nerwów i trochę dolarów. Musieliśmy pogodzić się z porażką i skupić na tym, co przyniesie kolejny dzień. Taka jest po prostu druga strona spontanicznego podróżowania. Jeśli nastawiony jesteś na prostą drogę z możliwością zjazdu na pobocze to zostań lepiej w domu, bo podróż to wyboista ścieżka pełna zakrętów. Tego samego dnia dotarliśmy z powrotem na dworzec, tym razem trasę pokonaliśmy podmiejskim autobusem. Dodać należy, że autobus dostosowany był do gabarytów miejscowej ludności. Tak więc godzinną podróż spędziliśmy w ścisku. Autobus zatrzymywał się na wielu przystankach, do wsiadania zachęcała kobieta, wychylając się przez otwarte przez cały czas drzwi. Nagle naszym oczom ukazał się dworzec, ten sam, z którego dzień wcześniej rozpoczęliśmy nasz długi marsz. Nadeszła noc, długie oczekiwanie na pociąg do miejscowości Hat Yai, która pełni rolę olbrzymiego węzła komunikacyjnego. Stąd jest już tylko kilkadziesiąt kilometrów do granicy z Malezją. Czując w stopach przebyte kilometry, rozprostowując zmęczone podróżą kręgosłupy, czekaliśmy już tylko na kolejny, ostatni pociąg w kierunku granicy. Pokonaliśmy ponad tysiąc kilometrów. Wyczyn ten nie jest niczym szczególnym, nie jest bowiem trudnością kupić bilet, wsiąść do pociągu i ruszyć przed siebie. Dla nas był to jednak dowód na to, że spontaniczne decyzje, pomimo dużego ryzyka wpadek i pomyłek, są najlepszą receptą na podróż.

Przepocone ubranie, brak wygód i głód to często stan, w którym człowiek zaczyna czuć, że żyje.

Autor: Witold Mosakowski


Przewodniki



Galeria



Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji oraz w celu usprawnienia funkcjonowania witryn www.yougo.pl, korzystamy z technologii plików cookies. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były instalowanie na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dalsze korzystanie z witryny oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
OK